2. Niedziela po Bożym Narodzeniu

3.01.2021

Łk 2, 41–52

Drogi Zborze

Perykopa św. Łukasza daję nam rzadką sposobność wejrzenia choćby na chwilę w dzieciństwo Jezusa. Młode lata naszego Zbawiciela są słabo opisane w Nowym Testamencie, i chyba z tego powodu znamy wiele pięknych, choć mało prawdziwych legend. Jedna z nich opowiada, jak to młody Jezus, siedząc w warsztacie stolarskim swego ojca, rzeźbił w drewnie ptaszki, ustawiał je później w szeregu na stole i jednym tchnieniem ożywiał je, a one odlatywały ze śpiewem.

Jezus nie przyszedł po to, abyśmy wierzyli w legendy, tylko w niego i Słowo, które ma od Ojca, i abyśmy to Słowo dalej nieśli w świat. On sam jest Słowem Ojca dla nas. Widzialne słowo. Więc jak było w domu z dorastającym Jezusem? Co oczywiste, rodzice prowadzili go do kościoła. W Nazarecie była synagoga i tam z pewnością Święta Rodzina była regularnie. Tak jak dla katolików w Polsce pielgrzymka do Lichenia, Santiago de Compostela czy choćby Częstochowy była i jest czymś wyjątkowym, tak samo dla Żydów modlitwa w świątyni w Jerozolimie była i jest czymś szczególnym. Nawet jeśli dziś ze świątyni, w której był młody Jezus, został tylko fragment muru, również i tam pielgrzymują chrześcijanie.

Jednak Bóg nie potrzebuje naszych świątyń, On potrzebuje naszych serc. Jednak budujemy, tak jak król Salomon, nasze kościoły i wkładamy wiele środków i wysiłku, aby wyglądały godnie, pięknie, dostojnie. Od 18 lat przejeżdżam obok kościoła na Swojczycach i Bogu dziękuję, że dalej w nim odprawiana jest liturgia. Znalazł się zbór, który w tym miejscu się modli i sprawuje Święte Sakramenty. Nie podzielił losu wielu ewangelickich kościołów na Śląsku, które nie służą dziś żadnej liturgii.

Potrzebujemy tych miejsc, kościoła, świątyni, aby uciec od zgiełku tego świata i usłyszeć nie to, co mówi świat, tylko co mówi Bóg. Naszym problemem dziś jest fakt, że to, co przekazuje świat: o czym mówią media, co zawiera nasz laptop, Internet, nasz iPhone i to, o czym czytamy na Facebooku – jest często ważniejsze niż Słowo Boże. Psalmista jednak mówi co innego: Jeden dzień w sieniach Pańskich jest cenniejszy niż tysiące gdzieś indziej.

Dlatego mały Jezus idzie chętnie z rodzicami do świątyni i niechętnie tę świątynię opuszcza. Czyli jest dokładnie odwrotnie niż z nami i z naszymi dziećmi. Wielu idzie z ociąganiem, nawet nie wchodzą do środka, tylko stoją i słuchają kazania z głośników, niecierpliwie przebierają nogami, czekając aż Msza Święta dobiegnie końca, aby szybko pobiec do domu, do świata, do tego, co przemijające, kiedy przed chwilą mogli jeszcze obcować z Tym, który jest nieśmiertelny i daje życie.

W starej ewangelickiej gazecie znalazłem „Dziesięć przykazań dla uczestników nabożeństwa”. Dziesiąte brzmi: „Nie rozmawiaj o rzeczach obojętnych, gdy wychodzisz z Domu Bożego. Czynisz bowiem tym samym dzień świąteczny znowu dniem powszednim. A chcesz przecież zabrać błogosławieństwo niedzieli do domu swego i dzień Pański Panu poświęcić”.

„…Jezus zostaje jeszcze trzy dni w świątyni”. „… a po trzech dniach znaleźli go w świątyni”. To pierwsza zapowiedź śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Maria, matka Jezusa, traci syna na trzy dni i po trzech dniach odnajduje już innego Syna. „Czemuście mnie szukali? Czyż nie wiedzieliście, że w tym, co jest Ojca mego, ja być muszę”? (cytat z Biblii Warszawskiej).

Źle rozumiemy tę historię, jeżeli chcemy w postępowaniu Jezusa widzieć wzór do naśladowania dla chłopców. Opacznie interpretowali też to wydarzenie malarze, którzy przedstawiali Jezusa na podwyższeniu, przemawiającego do uczonych w piśmie. Było odwrotnie: rodzice „znaleźli go w świątyni, siedzącego pośród nauczycieli, słuchającego i pytającego ich”. Dzięki temu, że Jezus słuchał i pytał, przybywało mu mądrości. Chociaż później kłócił się z uczonymi w Piśmie i stanowczo zwalczał ich obłudę, zawsze był gotów od nich przyjąć naukę, gdy była zgodna z tym, co słyszał od Ojca, z czym został posłany świat.

Dlaczego Maria i Józef szukali Jezusa „bolejąc”? Z pewnością była tu obecna rodzicielska miłość i troska o dziecko, ale być może też lęk, że nie wypełnią się obietnice Boże wypowiedziane przez anioła: „Ten będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego. I da mu Pan Bóg tron jego ojca Dawida”. Wiemy, że Maria zachowywała wszystkie te obietnice w swoim sercu, żyła nimi, to one dawały jej siły, by stać przy swoim synu do końca. 

Odpowiedź Jezusa: „Czyż nie wiedzieliście, że w tym, co jest Ojca mego, Ja być muszę?” musiała już wtedy oburzyć uczonych w Piśmie. A może oni, tak jak Józef i Maria, nie rozumieli jeszcze tych słów. Kiedy uczeni zrozumieli te słowa, wtedy krzyczeli: „Ukrzyżuj go!”

Jezus chciał i potrzebował być w tym, co jest Ojca Jego: nie tylko w świątyni w Jerozolimie, nie tylko w synagodze, do której spieszył „według zwyczaju” w każdy sabat, ale też na puszczy, wśród przyjaciół i wrogów, na samotnych szczytach gór, w ogrodzie Getsemane i na Golgocie. 

Jako ochrzczone dzieci Boże jesteśmy przez wiarę rodzeństwem Chrystusa, zatem tak jak nasz Pan i Mistrz powinniśmy „według zwyczaju” regularnie dążyć, aby nie tylko raz w tygodniu, ale stale być w tym, co Boże, co dobre, co błogosławione i przynoszące błogosławieństwo – w Kościele, w Słowie Bożym, w modlitwie i pracy, w miłości do Boga i drugiego człowieka. Przez udział w Świętej Eucharystii Jezus mieszka w nas, a my w Nim, dlatego możemy dosłownie iść przez ten świat w Chrystusie, do bliźnich.

Z serca Wszystkim Wam błogosławię.

Amen!

ks. Andrzej Fober